Organizacja Przestrzeni,  Sposoby na

Moja droga do minimalizmu. Jak to się stało? Gdzie jestem teraz?

O minimalizmie powstało już tak wiele publikacji, że musiałabym się nieźle nagimnastykować, żeby odkryć w tym temacie coś nowego. Polecę Ci pozycję książkową, do której moim zdaniem warto zajrzeć, a tymczasem opiszę Ci jak wygląda moja droga do minimalizmu. Dlaczego chcę być minimalistką i co to w ogóle dla mnie oznacza?

 

Słowem wstępu: Minimalizm to dla mnie posiadanie tego co jest mi niezbędne lub co daje mi radość. Minimalizm to robienie tylko tego, co zbliża mnie do wyznaczonego celu, sprawia mi przyjemność lub daje poczucie bezpieczeństwa.

 

Skąd u mnie potrzeba do dążenia w tym kierunku?

 

Miałam okazję przez ponad rok mieszkać jednocześnie w dwóch mieszkaniach, pracując w dwóch różnych miastach: w Warszawie i w Gdyni. W każdym spędzałam od 2 do 3 tygodni na zmianę.

Mieszkanie w Warszawie, było naszym stałym adresem od ponad 3 lat, a mieszkanie w Gdyni było wynajmowane na okres kontraktu.

Żeby sytuacja miała więcej koloru odbywało się to wszystko w okresie od 5 miesiąca ciąży do osiągnięcia przez Bobo wieku 8 miesięcy. Przez całą ciąże byłam aktywna zawodowo, a po urodzeniu do pracy (oczywiście nie od razu na pełnych obrotach) wróciłam po 6 tygodniach.

To był jeden z najfajniejszych okresów w naszym rodzinnym życiu. To doświadczenie jak nic innego, nauczyło nas planowania, podziału obowiązków, organizacji czasu i pozwoliło opanować pakowanie do perfekcji. Najważniejsze, czego przez ten okres się dowiedzieliśmy, to: co nam jest na prawdę z rzeczy potrzebne. Odczuliśmy to w znaczeniu dosłownym – wręcz fizycznym, co oznacza za duża ilość rzeczy.

Początki naszych przejazdów, to była jakaś katorga. Samochód, którym wtedy jeździliśmy (nie mały czołg Suzuki Grand Vitara) pakowaliśmy pod sam sufit, a byliśmy jeszcze we tylko we dwoje (+ pies).

Po co nam to było? Głównie chyba po to, żeby po dwóch tygodnia znowu to wszystko spakować i z powrotem przewieźć do Warszawy. Naturalnie więc przyszły pytania po jakimś czasie:

po co Ci to?

Będziesz miała czas, żeby z tego korzystać?

Czy jest Ci to niezbędne?

Czy nie masz czegoś podobnego w Gdyni?

 

Po dwóch miesiącach doszliśmy do takiego stanu, że jechaliśmy z dwoma niewielkimi walizkami. Ja wiozłam ubrania skompletowane na 4-5 dni, z których można było ułożyć różnych zestawów na min. 20 dni i różne okazje. Dobierałam ubrania, tak żeby wystarczyły mi do tego 2 pary butów. Miałam zestaw tylko najpotrzebniejszych kosmetyków.

Przestaliśmy wozić ze sobą jedzenie – bo będąc w danym miejscu kupowaliśmy tylko tyle, żeby zdążyć to zjeść w trakcie pobytu. Lodówki zostawialiśmy w każdym z miejsc puste. Przestaliśmy oszukiwać się, że zrobimy coś czego nie mieliśmy zaplanowanego i wiadomo było, że nie będzie na to czasu. Przestaliśmy więc przewozić masę książek i zaległej pracy papierkowej. Książek zabieraliśmy tylko tyle ile mogliśmy w danym czasie przeczytać.

 

  • Mieszkanie w Gdyni miało 45 m2, było bardzo minimalistyczne. Było w nim mało mebli i sprzętów. W kuchni mieliśmy dwa garnki, czajnik, patelnię, po 4 talerze każdego rodzaju, sztućce, kilka miseczek, 4 kubki, dokupiliśmy na miejscu durszlak i dwa pojemniki na jedzenie i jakiś mały zestaw łopatek do gotowania.
  • Mieszkanie w Warszawie miało 42m2 i było przepełnione rzeczami. Niby na wierzchu dużo nie stało. Było czysto, ładnie i z klimatem. Ale…. szafki ledwo się domykały – w tym mieszkaniu było wszystko. A jeżeli nie w nim – to były jeszcze jakieś kartony i worki u mojej mamy w domu, u mojego Taty w mieszkaniu, u kolegi w komórce. Nawet zagospodarowaliśmy pomieszczenie wentylatorni w bloku (ciii…. na dziko).

 

W połowie tego roku, nastąpił jeszcze jeden przełom. Przeprowadzka w Warszawie. Wyczekiwane większe mieszkanie (62m2), które kupiliśmy jeszcze przed całym zamieszaniem związanym z życiem w dwóch miastach, zostało doprowadzone do użytku ze stanu deweloperskiego. Przeprowadzka z małym Bobasem na pokładzie to nie lada wyczyn. Nie było czasu na segregację rzeczy. Pudła były opisywane i zabierane do auta. Nie pamiętam ile zrobiliśmy kursów i ile było tych kartonów, ale myślałam że nigdy się z tym nie uporamy.

 

Nieposegregowane rzeczy zostały upchnięte do nowych szafek. Niektórych kartonów nawet nie rozpakowaliśmy.

Nie przedłużając tej opowieści o kolejne przygody:

W Gdyni było nam jakoś lżej, mieliśmy więcej czasu dla siebie, byliśmy mniej zestresowani, zdrowiej się odżywialiśmy czy to tylko kwestia miasta? Zajmowaliśmy się przecież dokładnie tym samy. Mieliśmy te same obowiązki. Ba! Nawet w korkach zdarzało nam się stać większych niż w Warszawie.

Kiedy mój kontrakt w Gdyni się skończył i na stałe sprowadziliśmy się do Warszawy, zaczęłam szukać sposobów na przywrócenie nam tej lekkości i równowagi jaką odczuwaliśmy w Gdyni. Przeszło mi nawet przez myśl, żeby się tam przeprowadzić na stałe, gotowa byłam obrazić się na Warszawę.

 

Dobrze, że wpadła mi w ręce książka o minimalizmie „Chcieć Mniej” Katarzyny Kędzierskiej, autorki bloga SIMPLICITE (moja pierwsza w tej tematyce, bo dotychczas minimalizm kojarzył mi się to tylko z czymś strasznie nudnym i pełnym wyrzeczeń).

Nie jest to gotowiec z instrukcją jak stać się minimalistą, ale dał mi do myślenia i idealnie opisywał sytuację z jaką się mierzyłam. To było to. Znalazłam powód, dlaczego w Gdyni było nam tak dobrze: MNIEJ

MNIEJ ubrań w szafie, to mniej powodów do frustracji, to prostszy wybór, to większa kreatywność w zestawianiu ze sobą rzeczy.

MNIEJ jedzenia w lodówce, to mniej marnowania żywności, mniej wydanych bez sensu pieniędzy.

MNIEJ oszukiwania się, że coś zrobię w niemożliwym czasie, to mniej rozczarowań i mniej tłumaczenia się innym.

MNIEJ rzeczy w kuchni, to lepsza organizacja i mniej do zmywania.

MNIEJ to brak pokusy, żeby znowu coś kupić.

MNIEJ rzeczy w domu, to mniej zmarnowanego czasu i nerwów na szukanie, ustawianie, odgracanie co chwilę.

MNIEJ rozpraszaczy, to lepsza koncentracja.

 

Zaczęłam wdrażać te zasady w Warszawie

 

Rozpoczęłam od bezlitosnego ograniczania rzeczy. Szafka po szafce, pomieszczenie po pomieszczeniu (wyrzuciłam nawet nierozpakowane pudło z czasów przeprowadzki, na które podpisane bielizna, więc leżało w szafce w sypialni, a okazało się że były to przyprawy kuchenne). Jedyne miejsce z jakim się nie mierzę to pokój Biga, bo mnie o to nie poprosił, a żeby pozbywać się czyiś rzeczy trzeba mieć na to jego zgodę.

Teraz dbam o to, żeby rzeczy nie przybywało. Robię systematyczne przeglądy i nadal czerpię radość z każdego worka wyniesionego z domu.

Organizuje wyprzedaże garażowe na osiedlu, na którym mieszkam – zaprasza do akcji sąsiadów. Bawimy się przy tym świetnie, a z każdą edycją jest coraz więcej uczestników.

 

Uczę się robić rozsądniejsze zakupy i oszczędzać pieniądze.

Jestem zdania, że każdy powinien być minimalistą na swój sposób. Znaleźć własną drogę, szczęście w tej podróży i radość osiągając cel. Przytłaczająca nie jest sama ilość rzeczy, ale świadomość że mamy za dużo

Kolejnym etapem, w moim dążeniu do minimalizmu jest nauczenie się świadomego zarządzania budżetem domowym i regularnego oszczędzania.

 

Jeżeli chcesz dowiedzieć się jakie metody testuje? Jak mi idzie? , jak również Jak pozbyłam się z mojego otoczenia wszystkich karteluszek, zeszytów i kalendarzy? poczekaj cierpliwie na kolejne wpisy w tej tematyce.

 

Chcesz podzielić się swoją historią. Zapraszam Cię do pozostawienia komentarza. Jeżeli Twoja historia jest równie barwna jak moja, możesz do mnie napisać architektporzadku@gmail.com jestem bardzo ciekawa co sprawiło, że postanowiłaś stać się minimalistką.

8 komentarzy

  • Ania

    Mój minimalizm jest wynikiem trzymaniem się zasady: “jeżeli przez rok nie korzystałas z jakiejś rzeczy to znaczy że nie jest Ci potrzebna “?

    • ArchitektPorzadku

      Ania, a masz jakiś sposób na to żeby kojarzyć te rzeczy z których przez tyle czasu nie korzystałaś? czy po prostu na czuja?

      • Anonim

        Ja poprostu mam “lekką rękę “do pozbywania się różnych rzeczy ?poza tym bardzo często w ciągu roku robie małe przemeblowania w mieszkaniu i nie są to jakieś duże rewolucje, ale np. zamiana miejsca komody z fotelem? więc żeby przestawić mebel najpierw trzeba wyjąć zawartość żeby było lżej przenieść komode- a jak już szuflady ukazują całe swoje “piękne wnętrze”wtedy automatycznie uruchaniam swoje “A wlasciwie po co mi to” i szuflady robią się lżejsze.

  • Asia

    Próbuję być minimalistką od czasu likwidacji “przydasiowa” – czyli spadku siedmioosobowej rodziny z jakichś kilkunastu lat, zgromadzonego na powierzchni ok. 60m2. Kto mieszka w domu ten zna tajemnice i skarby strychów (“wynieś na strych, to się jeszcze przyda”). Od tamtej pory mam zrywy, podczas których porządkuję swoją przestrzeń. Uwielbiam uczucie, które towarzyszy mi gdy usiądę w takim uprzątniętym pokoju 🙂

    • ArchitektPorzadku

      Asia, wierzę że 7 osób potrafi zebrać niezłe przydasiowo 🙂 Strych, Piwnica i Komórka – to trzy najlepsze siostry przydasi. Gratuluje osiągnięć w porządkowaniu !!! Jestem ciekawa co najczęściej Twoim zdaniem trafia niepotrzebnie na strych?

  • Aga

    Zaczęłam czytać Twój blog po instagramowej zajawce i już mnie wciągnęło ?.
    Po tym jak kilka lat temu trafiła mi się większą awaria wodociągowa w kuchni i jej koniecznym remoncie, przeorganizowalam jej przestrzeń i przeprowadziłem gruntowny decluttering.
    Miewam jednak czasem problem z prezentami typu “do domu” czy kolejnymi utensyliami kuchennymi, których absolutnie nie potrzebuję i które zajmują potrzebną przestrzeń.
    Czy masz patent na takie kłopotliwe prezenty ?

    • ArchitektPorzadku

      Hej Aga, cieszę się że tutaj jesteś 🙂 Twój problem był mi bardzo bliski. Patenty na upłynnienie prezentów są dość proste: sprzedać, oddać lub wyrzucić 🙂 Trudniej może być z rozwiązaniem problemu w dłuższej perspektywie. Prezenty, zawsze są podszyte dobrymi intencjami i uczuciami jakie osoba obdarowująca nas darzy. Ja rozwiązałam ten problem rozmawiając BARDZO SZCZERZE z bliskimi. To nie były proste rozmowy, nie od razu spotykałam się ze zrozumieniem. W pierwszej kolejności powiedziałam, że bardzo doceniam ich intencję, że cieszę się że o mnie myślą. Potem opowiedziałam, jak bardzo zależy mi na osiągnięciu minimalizmu i co to dla mnie znaczy. W niektórych przypadkach, dowiedziałam się że nawet się z tego cieszą bo już nie mieli pomysłów na prezenty dla mnie 🙂 w innych dowiedziałam się, że to efekt wzajemności. Skoro jak coś kupowałam dla nich w prezencie, oni też chcieli mnie czymś miło zaskoczyć. Ustaliliśmy, że jeżeli chcemy się czymś obdarować będzie to coś co można: zjeść, wypić lub przeżyć 🙂 W gronie znajomych ustaliliśmy, że na urodziny jubilat wybiera sobie prezent jaki chce dostać i grupa się na niego zrzuca, żeby każdy nie kupował jakiegoś “drobiazgu”. W tym roku planujemy na święta Bożego Narodzenia zrobić pierwszy raz rodzinne losowanie, podczas którego każdy określi co chce dostać, jedna osoba wylosuje jeden los. Każdy dostanie to czego potrzebuje lub o czym marzy, a nadal tajemnicą postanie kto jest Świętym Mikołajem 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

56 − 55 =